czwartek, 12 lutego 2015

Podróż do Gruzji (część 2).

Kochani! Przepraszamy Was za tak długą przerwę...
Otóż ostatnie miesiące całkowicie poświęciliśmy studiom i koncertowaniu. Ja pisałam pracę i przygotowywałam się do egzaminu inżynierskiego, Nikodem przystosowywał się do nowej uczelni, a w między czasie nagrywaliśmy płytę. I jakoś tak wyszło, że na pisanie czasu zostawało niewiele...
Jednak w końcu nadszedł czas wyczekiwanych ferii i chwila na wspomnienie ubiegłorocznych wakacji.
Dzisiaj wrócimy bowiem do opowieści o Gruzji. Odtworzymy w pamięci czas spędzony w tym pięknym kraju i postaramy się opisać każde z odwiedzonych przez nas miast.

Po przyjeździe z lotniska odnieśliśmy nasze bagaże do hostelu i wyruszyliśmy w podróż po stolicy. Metro w Tbilisi działa bardzo prężnie i zawsze przyjeżdża na czas, zarówno jego pierwsza jak i druga linia. Wysiedliśmy na stacji Rustaveli by najsłynniejszą ulicą dotrzeć spacerem do centrum. Ulica być może bardzo rozsławiona, często polecana w przewodnikach, jest z pewnością pełna pięknych budowli, zadbanych kamienic i z pewnością stanowi centrum życia kulturalnego. Odstrasza jednak fakt, że w godzinach szczytu trudno na niej o spokój, ponieważ warczące i trąbiące na siebie pojazdy potrafią skutecznie zburzyć panujący na niej nastrój. Pośród wielu sklepów i kawiarni odnaleźliśmy kilka znaczących miejsc. 







W międzyczasie usiedliśmy na kawę. Generalnie była to pierwsza i ostatnia "europejska" kawa ;) Zwykle w Gruzji serwowana jest mocna i bardzo słodka kawa "sypana". Niestety ja z tych co wolą rozpuszczalną i niezbyt mocną śniadaniową kawę ;) 



Naszym głównym celem tego dnia było dostać się do Matki Gruzji, a dokładniej Kartlis Deda znajdującej się na wzgórzu zwanym Narikala. Otóż jest to ogromny pomnik stojący na wzgórzu nad miastem przestawiający postać kobiety trzymającej w jednej dłoni kielich z winem (dla przyjaciół) i miecz (dla wrogów). Idealnie charakteryzuje ona gruzińską naturę. Na wzgórze można dojechać kolejką, a przejazd w obie strony kosztuje niespełna 2 zł od osoby. Warto z tego skorzystać, ponieważ widok roztaczający się na miasto po dotarciu na miejsce jest piękny. Po krótkim spacerze byliśmy tuż "pod stopami" Matki Gruzji. Niestety należy przyznać, że znacznie lepiej prezentuje się widziana z dołu... ;)


Widok ze wzgórza na panoramę miasta

Matka Gruzja
Przystanek kolejki po zjechaniu z góry znajduje się tuż przy parku, który był kolejnym punktem na naszej mapie. Przechodziliśmy w słońcu jego uliczkami i zastanawialiśmy się jak to możliwe by w tak przywiązanym do tradycji kraju mogły powstać dzieła nawiązujące do nowoczesności, jak chociażby most określany mianem "allways" (kobiecego produktu znanego nam z reklam), czy wspomnianego przed chwilą parku. Miejsce to jest bardzo zadbane i zaplanowane, pełne nowoczesnych aranżacji służących za rzeźby/leżaki. Całość robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. Zbliżający się wieczór postanowiliśmy spędzić w parku przy fontannach ponieważ każdego dnia odbywa się tam pokaz tańczących ze sobą strumieni wody w rytm dźwięków muzyki klasycznej (i nie tylko). Widowisku towarzyszą piękne świetlne iluminacje. Prawdę mówiąc żadna inna fontanna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, zarówno w całej Gruzji (każde miasto ma swoją fontannę,czasem nie jedną ;) ) jak i w innych krajach. 


Słynny most w tle na zdjęciu


A tu już bliższe spotkanie z "always" ;)


Tańczące fontanny



Kolejnego dnia wyruszyliśmy do Mcchety, jednego z najstarszych miasteczek w Gruzji. Dojechać do niego można marszrutką za 7 zł w obie strony. Musimy pokonać 15 kilometrów dość krętą drogą. Niestety jedyną wadą Gruzji są kierowcy... Ich styl jazdy nie raz przyprawił mnie o stan przedzawałowy. Wyprzedzanie "na trzeciego", przed zakrętem i na wzniesieniu jest zupełnie normalne. Podobnie jak w Maroko sposobem porozumiewania się kierowców na drodze jest trąbienie na siebie na wzajem, czy trąbienie na cokolwiek... ;) Po prostu trzeba sobie ulżyć i uderzyć w klakson. Udało się nam jednak cało dotrzeć na miejsce. Mccheta to niewielkie miasteczko, jednak posiadające znaczące zabytki i piękną architekturę. Brukowane wąskie uliczki, piękne kamienice i domy, obecność wzgórz - wszystko to nadaje temu miejscu wspaniałego klimatu. Dodatkowo wrażenie to potęgują mury obronne wznoszące się wokół Sweti Cchoweli.




Jest to katedra pochodząca z początków XI wieku, warto odwiedzić jej wnętrze ponieważ na ścianach świątyni zachowało się wiele malowideł pochodzących z okresu jej budowy. Niestety spora część z nich wciąż znajduje się pod tynkiem, którym pokryte zostały w 1830 roku. Chrzcielnica, która znajduje się w kościele pochodzi natomiast z IV wieku.

Wróciliśmy do Tbilisi, by odwiedzić kolejną bardzo ważną w całej Gruzji, i nie tylko, świątynię. Sobór Trójcy Świętej jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie. Niestety nie mogliśmy dostać się do środka, ponieważ trwało nabożeństwo, a ja nie miałam ze sobą niczego by okryć nogi i ramiona... Myśleliśmy, że może innym razem się uda, ale wiadomo jak to jest z takimi następnymi razami ;) To jednak w niczym nam nie przeszkodziło. Usiedliśmy na ławce pod Świątynią i tak.... spędziliśmy ponad dwie godziny. Jakoś nas ten widok zaczarował. I może to dobrze, ponieważ widok zachodzącego słońca i skąpanego w jego blasku budowli zrobił na nas niezwykłe wrażenie... 






Do hostelu poszliśmy okrężną drogą, co również pozwoliło odkryć urokliwe miejsca Tbilisi. 



Mieliśmy okazję widzieć Urząd Miasta - kolejny budynek zaaranżowany w bardzo nowoczesnym stylu. (Na zdjęciu w tle;) )

Kolejnego dnia udaliśmy się na stare miasto. Krążyliśmy uliczkami, przesiadywaliśmy w restauracjach. Kuchnia gruzińska to poezja... Jest bardzo prosta ale niezwykle pyszna. Chaczapuri w różnych wersjach (podstawowa z serem, oraz Adżaruli z jajkiem - obie wyśmienite), kinkali - czyli sakiewki z różnym nadzieniem (bardziej fantazyjna wersja pierogów) z różnymi farszami do wyboru - mięsnymi, serowymi, czy warzywnymi. Szaszłyki, pieczone mięsa, bakłażany, pyszne sałatki, jest tego mnóstwo... I wszystko wyjątkowe i przepyszne. Jeśli do tego dołożymy lampkę domowego wina, mamy przepis na wyśmienity wieczór.
 W jednej z odchodzących od starego miasta uliczek napotkamy zegar przy teatrze lalek. O godzinie 12 i 16 na wieży zegara otwierały się drzwiczki i mięliśmy okazję obejrzeć krótką historyjkę skłaniającą do refleksji ;) 


Przy tej całej egzotyce postanowiliśmy trochę odpocząć w miejscu, które uznawane jest za gruzińską Toskanię. Jest to Signagi - niewielkie miasteczko położone wśród wzgórz na wschodzie kraju. Wszystko tam jest zachwycające i wyjątkowe. Wąskie, brukowane uliczki, piękne kamienice. Wszystko stwarza niesamowitą aurę... A kiedy przychodzi wieczór.... Na prawdę dałabym wiele, by móc się teraz tam znaleźć... ;)
W Signagi wynajeliśmy pokój w przytulnym hostelu z pięknym widokiem z balkonu. Miasteczko jest niewielkie więc myśleliśmy, że od razu uda nam się zobaczyć wszystko. Niestety aura w południe była dość męcząca. Bylo bardzo gorąco, duszno i trudno było w ogóle funkcjonować. Jako, że mimo tego doskwierał nam ogromny głód poszliśmy na obiad, do którego oboje wypiliśmy po zimnym piwie. Wróciliśmy do hotelu by przetrwać największy upał i dopiero pod koniec dnia wyruszyliśmy na długi spacer.Przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, obchodząc wszystkie piękne uliczki, chłonąc roztaczające się wokół malownicze widoki. Może nie będziemy dużo pisać- zdjęcia oddają więcej. 

Widok z balkonu naszego hostelu



Wszędzie ta pyszna lemoniada!








Warto poświęcić pół dnia by w udać się do Monasteru Bodbe w rejonie Kachetii.. Myśleliśmy, że znajduje się on w odległości 2 kilometrów, jednak idąc w 30 stopniowym upale droga jakby się znacznie wydłużyła. Po dotarci na miejsce zobaczyć można kompleks świątyń. W Monasterze św. Jerzego znajdują się szczątki św. Nino, która jest apostołką i patronką Gruzji. Obecnie pobliski klasztor wciąż jest zamieszkiwany przez zakonnice, które znajdują się tamtejszymi terenami i zabytkami - dwoma świątyniami. Niewielka, w której znajdują się szczątki świętej podczas naszej wizyty podlegała renowacji. Na jej murach znajdują się przepiękne malowidła. Druga, znacznie większa również jest remontowana. Po ich zobaczeniu można udać się do źródła św. Nino, z którego wydobywa się woda o uzdrawiającej mocy. Jednak widząc liczną grupę turystów zmierzających w tamtym kierunku zrezygnowaliśmy z tego punktu naszego planu. Jako, że czas odjazdu marszrutki do Tbilisi się zbliżał, po kawie i lemoniadzie w kawiarni w pobliżu Monastyru, udaliśmy się w drogę powrotną do Signagi. Idąc na wzgórze, na początku naszej wędrówki nie raz słyszeliśmy szelesty w otaczających lasach. Bałam się, że to żmije, o których wiele czytaliśmy wcześniej, ponoć niebezpieczne dla ludzi. W drodze powrotnej obawy nasze się rozwiały, ponieważ wszelkie szelesty i trzaski powodowały małe cielaczki, które swobodnie teraz spacerowały sobie wzdłuż drogi. 





W zasadzie w całej Gruzji nie raz mięliśmy okazję spotkać się z biegającymi po drodze krowami ;)

Z "gruzińskiej Toskanii" dotarliśmy do stolicy. W niej spędziliśmy jeszcze porę obiadową w jednej z ciekawszych restauracji serwujących lokalną kuchnię. W niewielkiej cenie można zjeść tam wszystkie dania, z których słynie Gruzja. Po posiłku ruszyliśmy na dworzec, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Batumi. 



Krowa w Batumi, wybrała się na spacer po torach kolejowych

Droga do Batumi, które widać na drugim planie
Kilka fotografii z Batumi: 









Pociąg pod koniec biegu porusza się nad samym morzem, widoki są na prawdę przepiękne. Przez chwilę widać nawet ogród botaniczny, którego w końcu nie udało się nam odwiedzić. A szkoda, ponieważ słyszeliśmy, że można tam trafić na naprawdę piękne okazy... ;)
Po zostawieniu bagaży w hostelu udaliśmy się od razu na obiad oraz na plażę. Znaleźliśmy świetną restaurację, z pięknie zaaranżowanym ogrodem. Ceny jak na jakość śmiesznie niskie. Posiłki - jak w całej Gruzji pyszne. Naszła mnie właśnie myśl, że może właśnie to umocniło moją miłość do Gruzji... przez tą kuchnię. Jestem strasznym łasuchem, więc obcowanie każdego dnia z wieloma pysznościami miało na to istotny wpływ. Aż się boję co będzie, kiedy w końcu odwiedzę Włochy ;)

Nikodem też chyba zadowolony z posiłku ;) chociaż może to to wino...
 


Plaże w Gruzji są głównie kamieniste dlatego przydadzą się porządne klapki. Niedogodności te wynagradza jednak czysta i ciepła woda. Niestety  w Morzu Czarnym podczas tego wyjazdu kąpaliśmy się jeszcze tylko dwa razy. W zasadzie mieszkaliśmy w wiosce obok najsłynniejszej nadmorskiej miejscowości. Może właśnie z tego powodu tak rzadko bywaliśmy tam na plaży. Wbrew temu co można sądzić w Batumi na prawdę można w ciekawy sposób spędzić czas. W zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie - wykwintne restauracje, ekskluzywne hotele przy samej plaży, kluby, w których grywają sławni DJ'e. Chyba jedyne miasto w całym kraju, w którym tak intensywnie toczy się nocne życie.

W Batumi nowoczesne kształty mieszają się z zabytkową architekturą, pośród pięknych kamieniczek wznoszone są wielkie, oszklone hotele. Nad brzegiem morza rozciąga się piękna promenada, przy niej, jak w Polsce, mnóstwo sklepikarzy oferujących tandetne pamiątki. Można by rzec - Europa. Jednak, czy w Europie, prawie w samym centrum mogłaby się znajdować fontanna, z której każdego dnia o godzinie 16:00 wypływa bimber? Takie rzeczy tylko w Gruzji. To tam będziemy mieli okazję zupełnie za darmo skosztować tradycyjnej gruzińskiej 70% wódki. Z chacha fountain leje się ona "bez limitu" przez 5 minut, wystarczy tylko podstawić kubeczek.

Niko zadowolony bo zaraz poleci wódeczka ;)

Odchodząc od całego zgiełku napotkamy kolejne "tańczące fontanny", miejsca relaksu, w których można na świeżym powietrzu zagrać w bilard, czy tenisa stołowego. Znajdziemy także piękny niewielki budynek zbudowany z drewna, jest to odbudowany teatr. Wieczorem jest on pięknie podświetlony i robi na prawdę piękne wrażenie. 
O tej porze polecamy wybrać się na Piazza Square. Nie trzeba wiele o tym mówić, zdjęcia zobrazują wszystko... Piękne, romantyczne miejsce, w którym każdego wieczora można usłyszeć muzykę na żywo. W otoczeniu malowniczych kamieniczek, pięknych posadzek i rozgwieżdżonego nieba można w tym miejscu utknąć wiele godzin sącząc pyszną kawę.





Kolejnego dnia wjechaliśmy na wzgórze kolejką, skądinąd bardzo popularną w Gruzji. Tak popularną w tym miejscu, że oczekiwanie na dostanie się do wagonika wynosiło godzinę. Koszt biletu w dwie strony to 5 zł. Osobom z problemami lokomocyjnymi polecam w trakcie przejazdu zamknąć oczy i liczyć do dwustu. Widok na szczycie wynagrodzi nam wszystkie wcześniejsze dolegliwości. Panorama miasta szczególnie po zachodzie słońca robi imponujące wrażenie. Na dodatek natrafiliśmy na koncert muzyki gruzińskiej w wykonaniu zespołu składającego się z młodych chłopaków grających na tradycyjnych instrumentach. To zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Prawdę mówiąc zasłyszane tam utwory słuchamy do dziś ;)




Abstrahując od wszystkiego co dane nam było zobaczyć w tym nadmorskim kurorcie muszę napisać o czymś najważniejszym. Otóż nie jestem zwolenniczką fast-food'ów, czy innych wysoce przetworzonych produktów. A raczej nie byłam... Do momentu kiedy idąc od Piazzy nie natrafiliśmy na budkę, w której sprzedawano kebaby. Zapach był oszałamiający. Pan bardzo sprawnie przygotowywał spore porcje, więc zamówiliśmy dla nas po jednej. I był to strzał w dziesiątkę. Pyszny placek, soczyste, pachnące mięso i mnóstwo świeżych warzyw. Wszystko oczywiście na koniec podgrzane. Zupełna odmiana od tego co czeka nas w Polsce. Nawet nie przeszkodziły mi papryczki chilli znajdujące się w kebabie. I choć od tego czasu próbowałam kilku tych dań w Polsce, żaden jeszcze nawet w 1/3 nie przypominał tego, którego jedliśmy w Batumi. 

Po tylu przyjemnościach coś musiało pójść nie tak... otóż zepsuła się pogoda, do tego stopnia, że zmuszeni byliśmy skrócić nasz pobyt w Batumi. Jednak... nie przewidzieliśmy, że zainteresowanie biletami kolejowymi jest tak duże, i że na najbliższe trzy dni wszystkie miejsca są wyprzedane. I tu zapala się czerwone światełko, by swoją podróż planować wcześniej. Przynajmniej o te 4 dni ;) Z tego powodu zmuszeni byliśmy wybrać inny środek transportu. Obawialiśmy się podróży marszrutą,wcześniej wspominałam o stylu jazdy gruzińskich kierowców. Wiedząc, że większość drogi stanowią skąpane między górami serpentyny zależało nam na jeździe pociągiem... ale... Tak więc udało nam się kupić bilety w, jak się nam wydawało, dużym klimatyzowanym autokarze. O umówionej godzinie podjechał.... mały busik, który zapakowany został podróżnikami i ich bagażami po brzegi. W trakcie prawie 5 godzinnej podróży 10 razy myślałam, że zginiemy. Później po prostu zamknęłam oczy. Chcę byście sobie tego oszczędzili - pilnujcie więc biletów na pociąg. Jedzie się krócej, bezpieczniej i bardziej komfortowo. 

Do Tbilisi dotarliśmy nocą, w nieznaną nam część miasta. Bez dokładnej mapy i dostępu do internetu było nam ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek znanego punktu. Po czasie i kilu próbach podróży różnymi autobusami dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Zamówiliśmy taksówkę pod znany nam adres - hostelu, w którym nocowaliśmy już wcześniej (Tbilisi Classic Hotel, który bardzo serdecznie polecamy). Mimo, że zbliżała się północ, przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na ostatni już spacer po ukochanej, gruzińskiej stolicy... Odwiedziliśmy muzeum instrumentów (pan zna świetnie język polski więc o wszystkim nam opowie), ponownie udaliśmy się wąskimi uliczkami do twierdzy, następnie zjechaliśmy do parku i krążyliśmy znanymi nam trasami nie chcąc wracać...

Przepiękne kolorowe gruzińskie klimaty 

Siarkowe łaźnie oraz widok na część miasta

Boczne, lecz również klimatyczne uliczki 



Pożegnaliśmy się ze wspaniałym krajem, pełnym serdecznych i uśmiechniętych ludzi chętnych do ciągłej zabawy, krainy wyśmienitej kuchni i wspaniałego wina, gościnności i życzliwości. Piękną, malowniczą krainą, którą z pewnością jeszcze nie raz uda nam się odwiedzić...


czwartek, 27 listopada 2014

Świetne ceny noclegów sieci Accor. Do 40% taniej i śniadanie w cenie.


Dzisiaj mamy dla Was świetną ofertę na niedrogie noclegi na całym świecie. A to za sprawą sieci Accorhotels, która jeszcze tylko do jutra oferuje nam znakomitą promocję. Często za ceny niższe niż w hostelach, czy schroniskach młodzieżowych możemy znaleźć nocleg w bardzo dobrych hotelach na terenie Polski, a także poza granicami. 

Accor to międzynarodowe konsorcjum, które w swojej ofercie posiada ponad 3500 hoteli na całym świecie (440000 pokoi ;)). Do marek Accorhotels należą bardzo różne hotele. Od tanich, jednak bardzo dobrych, * hoteli Ibis Budżet po luksusowe ****, czy ***** hotele takie jak Sofitel, Mercure, czy Novotel. 

Promocja obowiązuje przy rezerwacjach na stronie: www.accorhotels.com

Przykładowe rezerwacje:


*** Mercure w Opolu za niecałe 110 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem:





*** Mercure przy lotnisku Chopina w Warszawie za 105 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem:




***** Sofitel Old Town Wrocłąw za 227,50 zł za luksusowy pokój dwuosobowy ze śniadaniem:


**** Mercure Toruń Centrum za niecałe 120 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem:


*** Mercure Zamość za 111 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem:



Oraz wiele innych hoteli na całym świecie. Wszystko zależy od tego, gdzie chcecie pojechać. My już mamy zrobione rezerwacje :). Dokładnego okresu możliwych rezerwacji nie znamy, ale z tego co sprawdzaliśmy tanie pokoje dostępne są przynajmniej do końca stycznia.


czwartek, 23 października 2014

Południe Francji doskonałym miejscem na wakacyjne przedbiegi

Pamiętamy, że bardzo spodobał się Wam post, w którym pokazaliśmy Wam jak zorganizować sobie podróż do Toskanii. Idąc tym tropem postanowiliśmy przygotować małą wyprawę na południe Francji w okresie początku maja. Tak, byście mogli cieszyć się przedłużonym majowym weekendem oraz zaczerpnąć odrobiny słońca. Do tego gratis oferujemy niesamowite widoki, gwarantowaną pogodę i mnóstwo wrażeń. Jedyną ceną musicie ponieść jest koszt transportu i noclegów.
Jeśli chodzi o dolot do Francji znaleźliśmy bilety w przystępnej cenie. Dlaczego przystępnej? Bo zdarzają się tańsze... Jednak wyznaczony przez nas termin, odległość daty wylotu powodują, że cena nieznacznie wzrasta. Za lot z Warszawy do Marsylii zapłacimy 497 zł w obie strony.

Wylatujemy na początku maja na okres tygodnia. Bez żadnych przesiadek docieramy na miejsce. Dodatową możliwością jest wynajęcie auta. Będzie to bardzo przydatne narzędzie transportu. Południe Francji obfituje w piękne miejsca, różnorodne krajobrazy, winnice. Warto więc rozważyć tę opcję. Ze względów ekonomicznych najlepiej polecieć na naszą wycieczkę ze znajomymi. Wówczas nie tylko wynajem auta wyjdzie nam znacznie taniej, ale również noclegi, o czym za chwilę.
Powyższy pojazd wypożyczamy na lotnisku po przylocie i tuż przed wylotem na tym samym lotnisku go oddajemy. Koszt wynajmu na osobę za dzień wynosi 35 złotych (przy czterech osobach wynajmujących).

Przejdźmy teraz do noclegów. Sami wybieramy sobie jaka lokalizacja nas interesuje. W serwisie  http://www.casamundo.pl/ mamy możliwość rezerwacji apartamentów i domków letniskowych w wielu rejonach kraju. 

Pierwszy obiekt umiejscowiony jest na północny zachód od Marsylii, w otoczeniu pięknych górzystych terenów. Koszt za nocleg od osoby to niespełna trzydzieści złotych od osoby przy tygodniowym pobycie. 




Bądź bardziej ekskluzywny obiekt w cenie 78 zł za noc


Ze względu na bliskość okolicznych wsi, pełnych wielu gospodarzy sprzedających produkty własnego wyrobu możemy sporo obniżyć cenę naszej podróży kupując od nich różnego rodzaju żywność. Poza tym zawsze możemy udać się do supermarketu, gdzie ceny będą niższe niż w osiedlowych sklepikach.

Niestety, Francja jest w czołówce europejskich krajów, w których nasz portfel się uszczupli. My chyba jednak pokazaliśmy Wam znacznie tańszą alternatywę wycieczki z biurem podróży. Otóż za bilety i noclegi zapłacimy w naszej kombinacji od 691 do 1000 złotych (plus 250 zł za wynajem samochodu). Warto podkreślić, że nie wszystkie biura organizują wycieczki do Francji, a jeśli już to tylko do Paryża. My oferujemy Wam ciekawy pobyt z możliwością aranżacji czasu wolnego w wybrany przez Was sposób. Znaleźliśmy jednak ofertę jednego z biur podróży, która cenowo prawie 4 krotnie przewyższa naszą a trwa tylko 5 dni...


Teraz sami możecie zdecydować, co wybieracie na najbliższe wakacje!
PS. Mamy nadzieję, że odwiedzicie Prowansję!

wtorek, 16 września 2014

Podróż do krainy wina i malowniczych krajobrazów... (część I)

W trakcie naszych pracowitych wakacji znaleźliśmy niespełna dwa tygodnie by wyruszyć na wymarzoną wyprawę. Pod koniec sierpnia udaliśmy się do Gruzji i musimy przyznać, że była to najwspanialsza podróż, jaką do tej pory przeżyliśmy. Gościnność i otwartość mieszkańców przekraczała wszelkie granice, gruzińska kuchnia cudownie pieściła nasze podniebienia przez dwanaście dni a wspaniałe, domowej roboty wino rozluźniało nas wieczorem po wielogodzinnych wędrówkach.  
To był piękny czas, przynoszący mnóstwo pozytywnych przeżyć, po którym obecnie przyszło nam wrócić do rzeczywistości...
Mimo wszystko postanowiliśmy wrócić wspomnieniami i podzielić się z Wami w dzisiejszym poście informacjami co i gdzie warto zobaczyć, gdzie zatrzymać się na dłużej, a także jaki budżet należy na taką wycieczkę przeznaczyć.

Stare miasto w Tbilisi

Najpierw kilka słów odnośnie biletu lotniczego. Udało nam się zakupić bilet na lot z Warszawy do Tbilisi za 549 zł w obie strony Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. To bardzo dobra cena, bo nie dość, że dotyczyła ona wysokiego sezonu to zawierała duży rejestrowany bagaż. Porównując cenę linii wizzair to minimum 190 zł w obie strony z małym bagażem podręcznym, jeśli jednak zależy nam na dużym bagażu to musimy dopłacić 150 zł do biletu w jedną stronę. łącznie wychodzi nam 490 zł. Czyli wychwyciliśmy fajnego deala ;)

Do Warszawy też dolecieliśmy samolotem. Lot z Bydgoszczy trwał niecałe pół godziny.

Jeżeli chodzi o transport z lotniska do centrum to mamy trzy możliwości. Albo zdążymy na szybką kolej miejską, która kursuje tylko 5 razy w ciągu całego dnia, albo pojedziemy marszrutką, bądź opcja najbardziej ekskluzywna- taksówka. Niestety jeśli zależy nam na komforcie musimy też liczyć się z dużym kosztem. Taxi spod terminala do centrum kosztuje czasami nawet 50 euro... My wybraliśmy marszrutkę, ponieważ samolot doleciał o 4 nad ranem, a pociąg mieliśmy dopiero po godzinie dziesiątej. Bus czekał na nas o siódmej rano. Dojechaliśmy nim do dworca kolejowego, a dalej do miejsca naszego zakwaterowania. W Tbilisi działają dwie linie metra,a w samym centrum znajduje się stacja przesiadkowa. Tak więc pod względem komunikacji stolica Gruzji jest na prawdę dobrze rozwinięta. Jeśli chcemy nieco się oddalić i wybrać w podróż do innych miast możemy wybrać marszrutkę. Jest to jednak opcja tylko dla odważnych pasażerów. Wyprzedzanie "na trzeciego", pod górkę czy na zakręcie nie należy tutaj do rzadkości. Jeśli do tego dodamy wóz w stanie praktycznie rozsypki, z kierownicą po prawej stronie (pomimo tego, że ruch jest prawostronny)... Może być na prawdę niebezpiecznie. Alternatywą są pociągi tylko ważne jest, by odpowiednio wcześnie kupić bilet. My próbowaliśmy przedostać się z Batumi do Tbilisi i stojąc pewnie przy kasie po bilet dowiedzieliśmy się, że nasza podróż będzie możliwa dopiero za trzy dni...Cenowo podróż pociągiem jest zbliżona do tej w Polsce.  Marszrutki na dalekich trasach są względnie drogie (głównie dlatego, że są prywatne), podobnie jak taksówki. W mieście przejażdżka taka będzie nas kosztowała 70 groszy. Przejazd metrem natomiast 90 groszy. Musicie przyznać, że to na prawdę nie wiele (dla przykładu, przejazd z Kołudy Wielkiej do Janikowa- 4km-kosztuje 3,20 zł za bilet ulgowy... marszrutką za 0,9 zł możemy przejechać nawet 15 km ;) ).

Napis informujący, dokąd odjeżdża dana marszrutka

Cenowo Gruzja przedstawia się bardzo korzystnie. Korzystaliśmy z tego przez cały wyjazd, nie ograniczając się i wchodząc nawet do tych najlepszych restauracji. Najdroższy obiad kosztował 70zł, był to dwudaniowy posiłek, z butelką 10 letniego wina... Standardowo płaciliśmy jednak w granicach 25zł za obiad dla dwóch osób. Polecamy Wam serdecznie świetną knajpkę, sieciówkę, której nazwa jest niestety po gruzińsku i nie potrafimy jej przytoczyć ;) Jest tam świetne, gruzińskie i niedrogie jedzenie. A do tego wino... 1,5 litra za 10 zł świetnego wina. Jednak ilość zmusza nas do długiego "biesiadowania". Chinkali, czyli tradycyjne pierożki w formie sakiewek kosztują tutaj od 0,40 do 0,70 lari, czyli jakieś 0,70-1,30 zł za pierożka. Mi wystarczało 4 by porządnie się najeść, natomiast Nikodem musiał zjeść około 6. Kolejnym specjałem jest chaczapuri, czyli "gruzińska pizza". Jest to drożdżowe ciasto z serem., natomiast chaczapuri adżaruli to odmiana z jajkiem i serem. Każda z nich jest przepyszna a co najważniejsze bardzo sycąca. Popularne są także szaszłyki z grilla, najczęśćiej z mięsa wołowo-wieprzowego. Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu, to chcieli byśmy Wam polecić genialną lodziarnię. Znajduje się ona przy głównej ulicy w Tbilisi, standardowa porcja to 2 duże gałki, za które zapłacimy jakieś 5zł. Warto, bo lody są na prawdę pyszne, a kawiarnia, w której są serwowane jest przyjemnym miejscem, w którym możemy złapać oddech w gorący dzień.

Fragment naszego najdroższego obiadu w Gruzji, czyli jakość Mariotta
za cenę średniej restauracji w Polsce


Teraz kilka słów na temat noclegów. Polecamy Wam kwatery prywatne, czy hostele. Wysoki standard będziemy mogli odnaleźć tylko w hotelach, a ich ceny są na prawdę bardzo wysokie. Ale czego trzeba studentom? Niektórzy preferują noclegi pod namiotem i z pewnością Gruzja jest bardzo sprzyjającym ku temu krajem. Rozbić się tam możemy na ogródku przy domu sympatycznych właścicieli, ale i blisko górskich szlaków. Zawsze pamiętajmy jednak o własnym bezpieczeństwie. Dla pozostałych, którzy cenią sobie łóżko i wieczorny prysznic znajdzie się wiele pokoi ze wspólnymi łazienkami w atrakcyjnej cenie. Nasze noclegi kosztowały od 20 do 60 zł i bardzo różniły się standardem. W Batumi pokój z łazienką kosztował niecałe 50 zł od osoby i należy przyznać, że warunki były bardzo komfortowe. Pozostałe pokoje łazienki nie posiadały, ale te poza nimi były zadbane. Mankamentem jednego z pokojów, w którym spaliśmy w Tbilisi był brak okna, co przy niespełna 30 stopniach w nocy stanowi spory problem....

Jeden z naszych uroczych pensjonacików
Podsumowując nasz 12 dniowy wyjazd, za bilety lotnicze, pociągowe, autobusowe, wszelkie zakupione pamiątki, a także pełne wyżywienie i noclegi zapłaciliśmy po 1300 zł. To chyba naprawdę niewiele, zaznaczając, że wcale się nie ograniczaliśmy. 

W kolejnym wpisie dokładnie opiszemy przebieg naszej wyprawy, miejsca, które udało nam się odwiedzić. A tymczasem, dobrej nocy!

A na koniec jeszcze autorka artykułu w gruzińskiej cerkwi :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Ryga na weekend - ciąg dalszy

Jakiś czas temu pisaliśmy o cenach i organizacji pobytu w Rydze. Niejednokrotnie pisaliśmy iż jest to wspaniałe miasto na weekend, niezwykle urocze, atracyjne a także przystępne cenowo i nadal podtrzymujemy tę tezę. Dziś chcięlibyśmy poszerzyć informacje o stolicy Łotwy, a  szczególnie miejscach wartych zobaczenia.
Na początek trochę o organizacji naszej wycieczki... Po przylocie do Rygi wsiadamy w autobus numer 22, którym docieramy do centrum miasta. Najlepiej jest nam wysiąść przy centrum handlowym mieszczącym się tuż przy dworcu kolejowym (podróż zajmie nam ok 25 minut).
Dworzec kolejowy

Gdy dotarliśmy już na miejsce możemy zacząć zwiedzać to piękne miasto pełne romantycznych uliczek, z zachwycającą starówką. I przy niej zatrzymamy się przez chwilę. Nam udało się dotrzeć na rynek w wieczornych godzinach i zrobił on na nas ogromne wrażenie.  Do placu ratuszowego dotrzemy uliczkami nad którymi wznoszą się bogato zdobione kamienice. Będąc już na miejscu widzimy imponujący budynek Ratusza, gildię Bractwa Czarnogłowych, a pośrodku pomnik Rolanda.  Ratusz i dom Bractwa zbudowane są z pięnej czerwonej cegły, posiafają biało niebieskie zdobienia.

Rynek w dzień

Całość prezentuje się wyjątkowo szczególnie wieczorem- kiedy oświetlone ściany promienieją ciepłym blaskiem. Tak na prawdę to całe stare miasto robi największe wrażenie po zmroku -wąskie uliczki, przepełnione kwiatami ogródki restauracyjne mienią się blaskiem ulicznych lamp.

Rynek nocą

Dochodząc do rynku po drodze spotkamy najbardziej rozpoznawalny ryski zabytek -Trzej Bracia. Jest to kompleks trzech średniowiecznych domów. Budynki zostały nazwane poprzez analogię do podobnych budynków w Talinie, które noszą nazwę Trzech Sióstr.

Trzej Bracia


Niedaleko znajduje się Łotewska Katedra Luterańska, która słynie szczególnie z organów pochodzących z 1844 roku.

Katedra


W poprzednim poście pisaliśmy wiele na temat hal targowych mieszczących się niedaleko dworca kolejowego. Jeśli zrobimy sobie dłuższy spacer w kierunku południowym możemy spotkać zabytek, który bardzo przypomina Pałac Kultury i Nauki. Jest to jednak Wieżowiec Akademii Nauk wybudowany na wzór stalinowskich wysokościowców, posiada o połowę mniej pięter, a dokładnie 21.


Wieżowiec Akademii Nauk
Kontynuując nasz spacer tym razem na północ będziemy mieli okazję zobaczyć wiele słynnych ryskich zabytków. Ważnym dla kraju jest pomnik Wolności w Rydze, którego obraz rozciąga się na terenie parku Bastejkalns. Stamtąd, poruszając się parkowymi ścieżkami dotrzemy do Opery Ryskiej.

Opera


Pięknym miejscem w łotewskiej stolicy jest dzielnica Art Nouveau, tam nie trudno jest się zapomnieć w gąszczu przepięknie zdobionych kamieniczek i spędzić wiele godzin na powolnym spacerze i fotografowaniu. Jest to dzielnica której początki budowli sięgają końca dziewiętnastego wieku. Charakterystyczne są połączenia bieli i błękitu, dzięki czemu cała kompozycja dodatkowo zyskuje na świeżości i lekkości.



Dzielnica Art Nouveau

Na koniec chcemy zaproponować wieczorny spacer wzdłuż rzeki Dźwiny. Tam dostrzeżemy wpływy nowoczesnej architektury - choćby bardzo współcześnie zaaranżowana biblioteka, hotele. Rozciągający się nad rzeką most rzuca nocą wspaniałe światło, co tworzy niepowtarzaly klimat i łącząc się z oświetlonym wybrzeżem daje romantyczny nastrój.



Pokazaliśmy Wam jak można zorganizować sobie krótki wypad do Łotewskiej stolicy. Ryga także może być atrakcyjnym celem weekendowej podróży. Warto więc po całodniowej bieganinie przysiąść w jednym z pięknych restauracyjnych ogródków z lampką wina i rozkoszować się graną na żywo muzyką nawet kilkaset kilometrów od domu. 

piątek, 11 lipca 2014

Dobre ceny na świetne hotele na całym świecie. TravelPony


Witamy Was serdecznie. Jako że okres wakacyjny łączy się także z nocowaniem w wielu różnych miejscach na całym świecie to mamy dla Was znakomitą ofertę :).

Polecamy przetestowany przez nas osobiście serwis TravelPony. Jest to wyszukiwarka niskich cen na noclegi w hotelach dobrej klasy na całym świecie. 





Link do strony: http://www.travelpony.com/?rc=e9p4

Po zarejestrowaniu się z tego linku dostaniecie początkowy rabat 35$ przy rezerwacji powyżej 200$. 

Sami skorzystaliśmy już kilka razy z tej strony. I udało nam się złapać m.in. takie okazje :):


  • Hotel Ibis w Casablance za 130 zł za pokój ze śniadaniem dla dwóch osób.



  • Hotel Holiday Inn Express przy lotnisku w Mediolanie za 63 zł za dwie osoby ze śniadaniem.
    \